Tatry. Trawers Świnicy. Pośrednia Turnia.

Jest taka pora roku w Tatrach o zakrzywionej czasoprzestrzeni. Górskie fora internetowe przeładowane są pytaniami, czy Kościelec czysty, a Rysy można zrobić bez sprzętu. Pakując plecak na dole, jest trzydziestostopniowy upał. Wchodzisz w dolinę i śpiewasz wiosna, wiosna, ach to Ty! 300 metrów wyżej zapadasz się po kolana w śniegu albo wbijasz raki w lód. Decydując się na trawers Świnicy w maju, przechodzisz przez wszystkie pory roku w ciągu jednego dnia.
[Wpis miał mieć trochę inny charakter, ale podczas jego pisania, obryw skalny uszkodził 20 – 30 metrów szlaku między Zawratem, a Świnicą. – Zanim wyjdziesz na szlak, koniecznie sprawdź, czy jest już naprawiony.]

Świnica – tyle trudna, co popularna góra.

Idę w maju, bo daje to szansę na względną izolację od innych turystów. Korków przy łańcuchach raczej nie będzie. Szczyt ogarniam wzrokiem przy wejściu na Halę Gąsienicową. Za nim trochę ciemnych chmur. Właśnie tego najbardziej się obawiam. Świnica, będąc Królową okolicy, przyciąga jak magnes wszystkie pioruny. Nie dość, że jest najwyższa, to jeszcze obkuta łańcuchami. Zajmuje też 5 miejsce, biorąc pod uwagę liczbę wypadków w Tatrach.

Świnica to tak naprawdę dwa wierzchołki, a oddziela je przełęcz – Świnicka Szczerbina Niżnia. Na wyższy prowadzi szlak turystyczny.

Trawers oznacza tyle, co wejście na szczyt jedną drogą, a zejście drugą. Wchodzę zatem od Zawratu, a schodzę w stronę Kasprowego Wierchu, który o dziwo świeci pustkami. Dopiero tam dowiaduję się, że kolejka jest nieczynna. Wcześniej “mimochodem” staję na Skrajnej Turni i Beskidzie. Decyduję się też zboczyć ze szlaku i wejść na Pośrednią Turnię.

Łącznie 20 kilometrów drogi i 1700 metrów przewyższeń.

Po 7 jestem już na Hali Gąsienicowej. Jest mgliście i cicho, majestatycznie. Od razu kieruję się w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tam szybki posiłek i odbijam w lewo w stronę Zmarzłego Stawu. Mijam go z lewej strony i chwilę później mocuję raki. Jestem już ok 1800 m.n.p.m., czyli do przełęczy niespełna 400 m w pionie. Łańcuchy są w całości przykryte śniegiem, a gdzieniegdzie przebijają się obkute lodem kamienie. Mijam tylko jedną osobę.  Zawrat wciąż nie wychyla się zza chmur.

Trawers Świnicy.
Podejście na Zawrat od strony Hali Gąsienicowej w maju.

Zawrat, czyli stroma przełęcz.

Zawrat to wąska przełęcz, przez którą już w XIX wieku chodzono z Zakopanego do Morskiego Oka. W czasach stalinizmu drogę prowadzącą z Hali Gąsienicowej do Doliny Pięciu Stawów nazywano Szlakiem Lenina. Przy oznaczeniach domalowano nawet charakterystyczne czerwone gwiazdki, ale górale z uporem je wydrapywali.

Dziś Zawrat jest jedną z częściej odwiedzanych tatrzańskich przełęczy, łatwo dostępny od strony Doliny Pięciu Stawów. To też jeden ze skrajnych punktów Orlej Perci.

Jest 10:15, gdy współrzędne na moim nadgarstku pasują do lokalizacji. Po lewej stronie szlak, o przejściu którego marzą chyba wszyscy tatro maniacy. Po prawej ten, który dziś interesuje mnie szczególnie. Zdejmuję raki, a czekan z powrotem przytraczam do plecaka. I idę dalej w stronę Świnicy.

(Nie) kolega łańcuch.

Trawers  zboczami Niebieskiej i Gąsienicowej Turni dość szybko zamienia się w skalne progi. Część łańcuchów przykrywają kilkunastometrowe płaty śniegu. Nie chcę co 15 metrów zakładać i ściągać raków, więc odbijam 5 metrów na lewo od szlaku. Jest trochę ślisko, część kamieni osypuje się, a ręce mam całe w błocie. Nie lubię łańcuchów. Nie ufam im i nie do końca rozumiem ich fenomen. Zawsze irytuję się, gdy łapiąc je, odchyla mnie do tyłu, bo nie są przecież sztywne. Wszędzie tam gdzie mogę, łapię się skały. Przechodzę przez skalne żebro i pierwszy komin. W głowie mam myśl, że zawsze na szlaku raz się potykam. Nie chciałabym zrobić tego tutaj, bo teren jest mocno eksponowany, a ściana do Dolinki pod Kotłem opada 200 metrową przepaścią. Później już patrzę tylko na to, co do 3 metrów przede mną, czasami sięgając jednak po łańcuch. Ludzi jest niewielu, a wszyscy, których mijam, już schodzą. Rzucam okiem na zegarek 11.30 i myślę o tym, że powinnam już być na wierzchołku. Staję na nim 5 minut później.

Świnica jest ostatnim z 10 szczytów w Polsce, których wysokość przekracza 2300 m.n.p.m. Ma dokładnie o metr więcej. To trzeci co do wysokości dostępny znakowanym szlakiem polski wierzchołek. Świnica bywa też nazywana górą samobójców, bo przyciąga nie tylko pioruny, ale i osoby, które chcą zakończyć życie.

Ze Świnicy schodzę Walentkową Granią w stronę Wrótka. Wcześniej wchodzę w jeszcze jedno żeberko trochę na prawo od szlaku i to jest właśnie miejsce, w którym się obijam, a na łokciu ląduje plaster.

Dalej droga prowadzi Żlebem Blatona. Spada on ze Świnickiej Szczerbiny Niżniej do Doliny Cichej, a jego nazwa upamiętnia fizyka Jana Blatona, który w 1948 roku poślizgnął się tu na śniegu, wskutek czego poniósł śmierć. Zakosy prowadzą aż do Świnickiej Przełęczy.

Pośrednia Turnia zamiast typowego trawersu.

Czerwony szlak omija Pośrednią Turnię od słowackiej strony, południowym zboczem. Z tej strony nie wygląda zbyt imponująco, ale przypomniałam sobie ją z Hali Gąsienicowej. Podjęłam decyzję i to było najszybsze wejście i zejście w moim wykonaniu. Całość zajęła ok 15 minut. Później został już tylko spacer na Kasprowy Wierch i dalej droga zielonym szlakiem do Kuźnic. Cała trasa, tak na spokojnie zajęła równo 12 godzin, ale i nie miałam po co się spieszyć. Burzowe chmury rozeszły się już za Zawratem.

Dodaj komentarz